Chiang Rai na szybko

                Pamiętacie jak pisałam ostatnio, że wszystkie świątynie są takie same i po jakimś czasie ich od siebie nie rozróżniasz? A no teraz opowiem o takich świątyniach, które jednak zapamiętałam 🙂 Chiang Rai to miejsce, którego na pewno nie da się zapomnieć.

                Drogę z Chiang Mai do Chiang Rai przebyłyśmy autobusem. Podobnie jak pociągi, tajskie busy zachowują wysoki standard i są dosyć wygodne nawet na dłuższe trasy. Za około 3-godzinny przejazd zapłaciłyśmy 160 bahtów. W ten oto sposób znalazłyśmy się jeszcze dalej na północy Tajlandii.

                Na zwiedzanie miasta i okolicy miałyśmy tylko dwa dni, więc z założenia miało być intensywnie. W związku z tym, aby łatwo ogarnąć wszystkie popularne atrakcje, skorzystałyśmy z jednej z lokalnych agencji i wykupiłyśmy jednodniową wycieczkę. Koszt: 900 bahtów, w tym wstęp do świątyń, przejazd i lunch w formie bufetu. Niektóre miejsca są dosyć oddalone od miasta i jeżeli nie masz czasu na analizowanie dojazdów na własną rękę, zorganizowana wycieczka może się okazać bardzo dobrym rozwiązaniem.

                Pierwszym przystankiem była biała świątynia, Wat Rong Khun. To chyba najpopularniejszy punkt wycieczkowy w Chiang Rai. Jej wyjątkowość polega właśnie na kolorze, który nie jest ani czerwony ani złoty, jak większość buddyjskich świątyń. To zupełnie współczesna budowla, która nie reprezentuje tylko religii. Zacznijmy od tego jak wygląda, czyli śnieżnobiała w każdym calu. Od bramy do wejścia należy przejść przez most w tym samym kolorze. Jest to droga “przez piekło”, gdzie pod mostem widzimy wyłaniające się dłonie, które przywodzą na myśl wyobrażenie “Boskiej Komedii” Dantego. Dalej jest tylko dziwniej.

IMG_20170219_082423989-COLLAGE

                W świątyni obowiązuje absolutny zakaz robienia zdjęć, gdyż każdy kto do niej dotrze, nie powinien być w pełni 20170219_085249świadomy tego, co zobaczy. I choć wiedziałyśmy z pozoru co nas czeka w środku, i tak był to dla nas szok. Na ścianach znajdziemy rysunki bohaterów kultury popularnej, takich jak Michael Jackson, Happy Potter, Spiderman czy Pokemony. Co autor miał na myśli? Dla mnie osobiście był to obraz konsumpcjonizmu współczesnego świata i pokazanie kim są nasi prawdziwi bogowie w XXI wieku.

                Sam architekt i artysta, Chalermchai Kositpipat, jest bardzo barwną osobą. W jego sztuce znajdziemy wiele nawiązań do polityki i sytuacji z całego świata. Białą świątynię zaprojektował 1997 roku i jest to prawdopodobnie najpopularniejsza współczesna świątynia buddyjska.

                Kolejny punkt programu IMG_20170219_100041to Niebieska Świątynia, Rong Suea Ten Temple i ponownie oryginalny kolor buddyjskiej budowli sakralnej. Tutaj błękit i granat mieszały się z typowym dla tego typu architektury złotem. Było tu jednak dużo więcej kolorów, szczególnie w środku różne barwy tworzyły razem piękne obrazy na ścianach. Na środku królował oczywiście Buddha, tym razem zupełnie biały.

IMG_20170219_095918-COLLAGE

                W okolicy świątyń zawsze świetnie kręci się biznes. Sprzedawcy rozstawiają swoje granice wręcz w obszarze świątynnym i dzielnie prowadzą handel. Nie ma żadnego zgorszenia tym faktem, bo to przecież wspaniałe miejsce do zarobku. Tak więc po zwiedzeniu wnętrza możemy kupić świeże owoce i pamiątki zaledwie kilka metrów od wyjścia.

                Następny był Czarny Dom, Baan Dam. To właściwie kompleks kilku budowli, zaprojektowanych przez tajskiego artystę, Thawan Duchanee. Wszystko utrzymane jest w ciemnych tonacjach, które mają symbolizować czarną stronę ludzkości. Obszar jest mroczny, a dzieła tworzone z ciemnego drewna i szczątków zwierząt, nadają temu miejscu jakąś dziwną atmosferę. W którymś momencie pojawiła się procesja grająca na bębnach, co sprawiło, że to miejsce stało się jeszcze bardziej dziwaczne. Mimo wszystko ciekawie było przejść przez poszczególne pomieszczenia i zastanawiać się “co autor miał na myśli” w tym poszczególnym wypadku. Nawet nie jestem do końca pewna czy on sam wie.

IMG_20170219_104752-COLLAGE

                Na lunch zatrzymaliśmy się w punkcie, który chyba był przeznaczony dla wszystkich wycieczek. W środku można było IMG_20170219_131321spróbować wielu dań tajskich lub bardziej zachodnich. No i jesz ile chcesz, co oczywiście może przyprawić o mdłości 🙂 Następnym punktem była plantacja herbaty. Cudowne miejsce! Na wzgórzu była ustawiona herbaciarnia, gdzie można było spróbować napojów dokładnie z tego miejsca. Sympatyczna pani wytłumaczyła nam różnicę pomiędzy poszczególnymi herbatami i ich mocą. Wszystkie herbaty były zielone, ale ilość zawartej w nich teiny decydowała o porze dnia, w której należało je spożywać.

                Z herbaciarni rozpościerał się widok na 20170219_132633całą plantację. A był to ogromny obszar, cały zielony, pokryty małymi krzaczkami. W oddali było widać inne pola, przez co odnosiło się wrażenie, że nie mają one końca. Biorąc pod uwagę, że zwykle odwiedzamy plantacje kawy (nie żebym kiedyś na takiej była, ale wiem, że np. w Indonezji wszyscy muszą pojechać na taką wycieczkę), to miejsce zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Widok, smak i zapach… Uwielbiam, gdy miejsca oddziałują na wszystkie zmysły 🙂

20170219_130221

                Jedziemy dalej, tym razem do Karen Long Neck, czyli wioski długich szyj. To jedyny punkt, za który musiałyśmy ekstra zapłacić, a wstęp kosztuje aż 300 bahtów. Jest to dosyć prymitywne miejsce, zachowane w typowym dla mieszkańców stylu. A kim są tutejsi? To imigranci z Birmy, którzy uciekli stamtąd za lepszym życiem, gdy w ich kraju sytuacja polityczna zaczęła być coraz bardziej napięta. Ponieważ jednak przybyło ich bardzo dużo, nie mają oni możliwości uzyskania tajskiego obywatelstwa. W ten sposób są bezpieczni, ale żyją w separacji. No i robią z tego biznes.

IMG_20170219_114924

                Kobiety z grupy etnicznej Karen są znane z tego, że noszą na szyi ciężkie, miedziane kręgi. Odkąd skończą 5 lat dodają kolejne i kolejne. Ich ciężar jest niesamowity, ale dla nich to ozdoba, która pozwala im czuć się pięknymi. Spacerując pomiędzy ich domami i stoiskami z ręcznie robionymi produktami, zastanawiasz się czy nie jesteś czasem w takim zoo, w którym trzymają ludzi. I w sumie nie jestem pewna…

IMG_20170219_125548_459                Poznałam dziewczynkę, która już miała na szyi kilkanaście kręgów. Mówiła dosyć dobrze po angielsku i chętnie opowiadała o swojej rodzinie. Jej rodzina opuściła Birmę kilka lat wcześniej, zostawiając tam pozostałe dzieci. Ona nie chodziła do szkoły, a o jej edukację dbała mama. Mówiła jednak po tajsku, birmańsku i angielsku. Wszystko dla turystów.

                Odwiedzanych miejsc była cała masa, między innymi muzeum Opium (obecnie zakazane w Tajlandii, ale niegdyś bardzo popularny narkotyk) czy świątynia małp (one wcale nie są takie IMG_20170219_172515słodkie i sympatyczne). Wszystko to było bardzo wyczerpujące, ale ciekawe. Ostatnim punktem naszej wycieczki był Złoty Trójkąt, czyli miejsce w którym przepływa rzeka Mekong, a także przebiega granica pomiędzy pomiędzy Tajlandią, Birmą i Laosem. Na wzgórzu widokowym znajduje się mała świątynia do której jednak nie można wejść. Można stąd jednak podziwiać niesamowitą panoramę trzech krajów. W tym miejscu zatrzymaliśmy się za zachód słońca i idealne zakończenie wycieczki.

IMG_20170219_160457

                Nie wyobrażam sobie, żebyśmy same dotarły do tych wszystkich miejsc same. Choć 900 bahtów może wydawać się sporą ilością gotówki, to w ostatecznym rozrachunku uważam, że było warto. Zwłaszcza, że miałyśmy na to wszystko tylko jeden dzień, a kolejnego ruszałyśmy już na południe Tajlandii. Ale o tym następnym razem 🙂

Jedna myśl nt. „Chiang Rai na szybko”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.